Epizody z podróży – Earthdawn

… to nie był dobry dzień. Wyruszyli z Throalu tego samego dnia, jednakże teren nie sprzyjał. Nawet magia, która umożliwiała im zwiększenie tempa i czasu jaki mogli poświęcić ponad możliwości zarówno Dawców Imion, jak i wierzchowców nie pozwoliła im dotrzeć tak daleko, jak przewidywali. Noc zapadała pochmurna, ponura i zawilgła od zimnej mgły, a oni wciąż nie zdołali znaleźć ani wody, ani dobrego miejsca na rozłożenie obozu. Po przekroczeniu kolejnego grzbietu naszpikowanego skałami wzgórza postanowili rozłożyć obóz, nie bacząc na niezbyt dogodne położenie. Nawet pokrzepieni magią byli już u krańcu sił, podobnie jak ich wierzchowce. Na dodatek dopiero po kilku minutach pracy toporkiem i sprytnym wykorzystaniu ognistego zaklęcia mogli nacieszyć się ogniem. Czarodziej był pewien, iż także Sintialowi nie spodobało się to miejsce, jednak nie mieli wyjścia. Oczywiście, także tym razem Naterion miał trzymać pierwszą wartę, żałując, że nie ma z nimi Morgrima. Zwalisty troll bez trudu odnalazłby właściwe miejsce i jak spod ziemi wydobyty zlokalizował strumień, czy krystalicznie czyste oczko wodne. Magia ścieżki Zwiadowców miała swoje niezaprzeczalne uroki i Naterion czasami – szczególnie w takich chwilach jak ta – zastanawiał się jak to by było, gdyby nią podążał. Jaka byłaby to droga, odkrywana zmysłami, nie rozumem…
Kiedy po dłuższej chwili czujnego oczekiwania splótł już po raz pierwszy zaklęcie które powinno ostrzec go przed intruzami na długo przed tym jak ich zobaczy, zadrżał niespodziewanie. To miejsce wydało się nieprzyjazne naturalnym zmysłom, jednakże w przestrzeni astralnej wypaczonej szaleństwem Pogromu unosił się także inny rodzaj skażenia. Niezwykła i złowroga aura nie poprawiła ani nastroju, ani przewidywań Nateriona, szarpiąc jego nerwy niby niesłyszalnym nawet dla elfich uszu dźwiękiem. Nie spotkał się jeszcze z niczym takim w swoich podróżach i badaniach, chociaż widział wiele a przeczytał jeszcze więcej. To nie było jednakże działanie Horrorów, żadna bestia z otchłannych ksenoświatów nie krążyła po tej okolicy już od dziesięcioleci. Tylko dlaczego go to nie uspokajało?
Odpowiedzią na jego rozważania był nagły rozbłysk gdzieś na dnie umysłu, kiedy niewyraźna, widmowa mapa astralnych odbić nagle rozbłysła wyraźnym echem. Coś się zbliżało. Powoli, ale nie leniwie, przemykało się między ledwie zauważalnymi na mentalnej mapie skałami i drzewami. Odbicie było wyraźne i na pewno żywe. Pojawiły się kolejne dwa, ale wtedy już Naterion stał na nogach, drobnymi gestami sięgając po wszechobecną magię i przesączając ją przez filtry astralnych konstruktów Matryc, aby uniknąć bezpośredniego kontaktu z naznaczoną skażeniem Pogromu energią. Jego stopa mimowolnie z pozoru trąciła śpiącego towarzysza w prawe ramię. Nie było to bezpieczne budzenie, więc Sintial zerwał się na równe nogi odruchowo i z gracją, której Naterion musiał mu równie odruchowo pozazdrościć. Tymczasem intruzi zbliżyli się dostatecznie blisko i obaj elfowie mogli rozpoznać pełne dziwnie topornej gracji sylwetki górskich kotów. Kły pierwszego z nich zalśniły odblaskami ogniska. Magia dojrzała i wzorzec rozbłysł na dnie jego umysłu, a zgromadzona energia pomknęła jarzącym się w jego wewnętrznym astralnym spojrzeniu łukiem, godząc prosto w żywy Wzorzec skalnego lwa. Bestia zwinęła się w pół skoku, ale wylądowała zwinnym saltem tuż przed Naterionem. Kolejna, mimo iż spoza pola widzenia maga zalśniła przez chwilę strzała Łucznika, nawet nie zadrżała od pocisku, który przecież musiał ją ugodzić. Więcej czasu na rozważania nie było. Naterion rozpaczliwie bronił się przed atakującym go kotem, jednakże ani miecz, ani tarcza na wiele nie mogły mu się zdać. Jednocześnie próbował spleść kolejne zaklęcie, tym razem mając nadzieję objąć nim wszystkie trzy drapieżniki. Pasje uśmiechnęły się do niego. Dwukrotnie bestia badała jego obronę – dwa szybkie ruchy łapą, jak u kociaka bawiącego się gałgankiem na nitce. Za pierwszym razem elf zdołał uskoczyć, jednakże drugi cios dosięgnął go. I zsunął się ze zgrzytem pazurów na kryształowym puklerzu i migotliwym, pokrytym łuskami płaszczu. Magia rwała niczym wodospad mocy przez astralne filtry, a Naterion z wewnętrznym uśmiechem tryumfu – na fizyczny nie było czasu, ani sił – skierował ją w lnie zaklęcia, dwukrotnie szybciej niż zwykle ukańczając jego zawiły Wzorzec. Przez cały ten czas, od momentu gdy pierwszy kot wkroczył w zasięg jego magii, Naterion myślał, analizował i odrzucał kolejne warianty i działania. Jego umysł, niczym doskonale nasmarowana machina szukał najlepszego wyjścia z sytuacji.
Nawet w chwili, gdy pazury ‚jego’ bestii rozdarły magiczną zbroję zagłębiając się głęboko w jego nodze nie potrafił przerwać toku myśli i skoncentrować się na czymś innym, niż planowanie kolejnego ruchu. Kiedy rozdarte niemal do kości ciało odmówiło posłuszeństwa i noga ugięła się pod nim, miał dosłownie mgnienie oka, by zauważyć co dzieje się z jego towarzyszem. Sintial nieprawdopodobnie wręcz zwinnymi i szybkimi zwodami całego ciała unikał morderczych ciosów, nawet na chwilę nie tracąc rytmu ani równowagi. Niestety, ostrze jego towarzysza mimo iż płonęło żywym ogniem nie zdołało zranić żadnego ze skalnych lwów. Upadając, Czarodziej myślał wyłącznie o tym, by ocalić od zerwania delikatne nici magicznej energii, które powoli formowały się we wzorzec zaklęcia, które mogło zranić istotę o skórze z kamienia…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: