Rzeczywistość, bezlitosna…

Wyrywa mnie z drzemki…

Przez długą, zawieszoną w pustce pełnej oszalałych elementarnych cząstek myśli chwilę przeszywaną bezlitosnym promieniowaniem jaskrawego światła monitora patrzę ze zdumieniem na własne palce.

Nie chowają się. Takie niepraktyczne…

Świadomość powoli wraca z przerwy, przeciskając się przez drzwi przytomności z kubkiem herbaty w jednej i talerzykiem ciasta w drugiej. Przełyka w pośpiechu i znowu jestem sobą. Mniej więcej…

Echa snu, wygodnego jak fotel i poznaczonego rozlewającymi się kleksami zapomnienia jak kartka notatek atramentem. Zapach kurzu między półkami i ciche odgłosy edukacji w tle, zagłuszane pracującym cierpliwie duetem radiatorów. Znikają.

Znowu jestem w domu, ostre gitarowe tło z deklamowanym wokalem zniekształconym elektroniką. Musiałem zasnąć nie dłużej, niż na godzinę, sądząc po postępie w jakim odtwarzacz przegryzał się przez ścieżkę dźwiękową Stand Alone Complex. Zwykle nie zasypiam z piórem w ręku, ale zwykle nie zasypiam też w fotelu, przy włączonym monitorze siejącym jaskrawym światłem po pokoju.

Sen wymyka się, szyderczo myląc pogoń i niknąc wśród fałszywych tropów. Zostaje tylko rozczarowanie i coś o smaku protekcjonalnej litości. Jak czekolada, ale jedna z tych z dzieciństwa, zagranicznych w rożkach z folii i pozłotku, smakujących tłuszczem i słodyczą wywołującą fantomowy ból zębów u dorosłych. Na szczęście niesmak znika zaraz potem, razem z chusteczką złożoną w ofierze idei roztoczy.

Patrzę na monitor i nie pamiętam przez chwilę po co. Wyssał ze mnie wszelki cel, kusząc kolorowymi ikonami i zakładkami przeglądarki. Opanowuję odruch sprawdzenia tej drugiej, niebieskiej z białym „f” jak „fetysz natychmiastowej komunikacji” i zaczynam porządkować notatki. Co z kolei pozwala mi uporządkować myśli i przegnać te, które próbują mnie schwytać w pułapkę fatalizmu i rezygnacji z jutrzejszego porządkowania działu młodzieżowego.

Figurki stoicko schną obramowane bałaganem, w tle wiruje dźwięk klarnetu, a ja odbudowuję egzystencjalną pewność i porządkuję zapisane pośpiesznymi bazgrołami kartki. Kolejny pomysł zdołał uciec z zakładu zamkniętego mojego umysłu, spływając tunelami gleju, pompowane sodem i potasem ku palcom, przeskakując przepaść tępego, czyhającego na granicy zauważalności bólu nadwyrężonego – znowu – nadgarstka. Kolejna sterta papierów do dosłownej szuflady, podściółka kreatywności bezcelowej. Albo będącej celem samej w sobie. Problem nie do rozwiązania bez plutonu filozofów-neurobiologów. Albo jednego poety.

A ja znowu zastanawiam się co dalej, metaforycznie rzecz ujmując. I skąd się wziął ten ślad na kartce, akrylowo-metaliczny i ewidentnie feliformia

Rękopis znaleziony w kurzu za regałem

Zaczyna się od tego, że mam łzy w oczach…
Wyciśnięte jak zwykle przez kłaczki kurzu starsze ode mnie. Walczę heroicznie z Piktami roztoczy, odnajdując relikty minionych dekad spokoju pośród najgłębszych półek. Wymiatanie pożółkłych artefaktów zaginionych kart katalogowych z nieistniejących już od lat tomów, starożytnych mysich mumii, oraz nekropolii pajęczyn zwisających nisko pod ciężarem szarego pyłu. Kolejny dzień w bibliotece umyka, niczym odkryty nagle rybik cukrowy w mrok pod regałami.

Rośnie sterta książek spoczywająca pod ladą opodal biurka. Oczekują na sąd, niczym dusze faraonów, tylko zamiast Ma’at z jej piórkiem jest katalog Biblioteki Narodowej i kłaczek kurzu, a Amut ma paszczę kartonowego pudła pełnego już osądzonych. Jedne ponuro łypią swoim „ludowym” tytułem, przewidując reinkarnację w szarej masie kartonu. Inne dyskretnie ukrywają prawdziwą naturę pod pozornie niewinnym tytułem i okładką, albo ze zrezygnowaniem leżą, narzekając na zbrązowiałe kartki i pękające grzbiety, trzeszcząc zamiast szeleścić i siejąc wokół zapachem raczej ostatniej starości.

Sięgam po kolejny tom i najpierw widzę rozcięcie w górnej części obwoluty na grzbiecie. Nie ślady dekad czytania, a wykonane ostrym narzędziem, świeże i nie poszarpane nacięcie. Otwieram i kartkuję powoli, z niesmakiem wychwytując słowa-klucze i wersy pełne zlewających się z brudno-brązowym tłem półprawd i niedomówień. Serce książki ciąży, niczym jądro czerwonego karła, a stos papierowych dusz oczekuje z niecierpliwością. Sumiennie upewniam się, co do podejrzeń i tomiszcze ostrożnie dołącza do podręcznika obsługi maszyn rolniczych, które dawno zjadła już rdza i poradnika jak być bogatym i szczęśliwym.*

Nie chcą odejść. Ich armie walczą bez pardonu, kolejna bitwa kończy się odwrotem w stronę zlewu, gdzie mydło spłukuje szarość z rąk, a woda ukrywa łzy. Opłakuję każdą skazaną na zapomnienie książkę.

* Sprzedając miliony kopi „poradnika” takiego, jak ten.

Bury, nostalgiczny dzień

Wyglądam przez okno po raz kolejny, ale nie z tęsknotą za świeżym powietrzem. Ręce zajęte pracą same równają okładki książek, w kącie stygnie niecnie wykorzystane do obkładania żelazko. Muzyka w tle rzewnie skacze po nutach…

Podnoszę kolejny tomik który dzisiaj zyskał foliowe wdzianko i coś wysuwa się spomiędzy kartek i upada na ziemię. Pochylam się i podnoszę pożółkłą karteczkę, rozpoznając pośpiesznie kreślone litery…

… i chwila magii znika, kiedy uderzam głową o wysuniętą szufladę klawiatury. Zgubna technologia nic sobie z tego nie robi, migając szyderczo komunikatami o kolejnej kłótni na znanym serwisie aspirującym do książkowego miana. Pocierając pustawą w tym konkretnym momencie czaszkę szukam w pamięci tego dnia.

Pierwsza miłość. Pierwszy obłąkańczo emocjonalny wiersz, dręczący rymy i słowa swoim płonącym szaleństwem kocięcego uczucia. Pierwszy zimny, mentalny spazm strachu, zapomniane na kartce w kratkę poznaczonej czasem, wsuniętej w tomik poezji Staffa…

Włóczęga, Król Gościńców, co zapomniał się i nie istnieje inaczej jak tylko jako wspomnienie. Jakże łatwo go obudzić z niepamięci kilkoma niewprawnymi wersami, aby dopominał się o uwagę, smutek i żal ukryte niczym smok w jamie i gotowe co najwyżej leniwie parsknąć dymem.

Jak wiele kroków trzeba było przejść z tam do tutaj, za biurkiem małej, cichej biblioteki, zasnutej cieniem sinoburych deszczowych chmur…

Skąd wziął się pod ręką ten tomik? Powinien przecież spokojnie spoczywać na półce, równie zapomniany co nieszczęsna zakładka, jeśli wierzyć karcie – a karty nie kłamią, a przynajmniej nie w bibliotece. Szybki krok prowadzi w kąt przy oknie, gdzie poezja spoczywa zakurzonym snem. I oczywiście jest ślad, skłębiony w kurzowych kłaczkach i wiercący w nosie, wyciska łzy – jedyne jakie mogły pojawić się tego dnia…

Przeklęte roztocza.

Niewidzialny Znak

Dzisiaj po raz pierwszy widziałem coś więcej niż tylko sugestię obecności. Stolik na krańcu biblioteki, który mieści w razie potrzeby herbaciany kącik zaszczycił Niewidzialny Kot. Pozostawiona tam do obłożenia książka jest otwarta, karty są jeszcze ciepłe, a na siedemnastej stronie na pieczęci widnieje odciśnięta łapa. Z początku sam nie mogłem w to uwierzyć, ale po chwili przypomniało mi się jaki dziś dzień. Jedyny dzień w którym można zobaczyć coś więcej, niż tylko cień prawdziwego gospodarza biblioteki.

Słyszę szelest kartek. Ledwie przebija się przez szum wentylatora komputera i chaos w mojej głowie – pisanie projektów jest dla mnie koszmarem. Co chwilę odwracam głowę gubiąc wątek i pisząc nie to, co miałem zamiar. Dzięki bogom bibliotek za edytor tekstu, na papierze pisał bym to od nowa po raz setny. Nie mogę się skupić, zastanawiając się co dzieje się między geologicznymi warstwami liter i haseł przedmiotowych. Ostatecznie odsuwam dyskretnie szufladę z klawiaturą i wstaję powoli, podświadomie wiedząc, iż skradanie się nic mi nie da.

Między regałami trwa niewidzialny, koci taniec. Wzbija obłoczki kurzu i drobiny zszarzałego ze starości papieru. Stare, zmurszałe tomy pamiętające czasy przydziałów książek i obfitości przymiotników pokroju „ludowy” czy „socjalistyczny” uzyskują nowe piętna. Nauczyłem się je rozpoznawać już jakiś czas temu i wiem, co sugeruje mi ten duch biblioteki.

Zubytkować.

Obłożyć.

Przenieść na inne miejsce.

Poprawić kartę katalogową.

Wszystko zależy od jednego śladu niewidzialnego pazura. Przestałem już złościć się, że to nie ja prowadzę tą bibliotekę, bo za każdym razem okazywało się, że ma rację. Zastanawiam się znowu.

Czy on naprawdę istnieje? Czy to wszystko dzieje się tylko w mojej głowie… Czy to prawdziwy Niewidzialny Kot, czy owładnęła mną biblioteka, czarna dziura potrafiąca czytać. I czy to ma jakieś znaczenie? Skoro gdzieś w odmętach duszy ktoś już przystawił stempel i wciągnął mnie do katalogu?

Pewnego dnia w bibliotece…

Na grzbiecie mojej dłoni między kciukiem a palcem wskazującym pojawiło się zadrapanie. Tak po prostu, bez żadnego widocznego powodu, podczas alfabetyzowania półek. Od pierwszego dnia pracy w bibliotece nie zdarzyło mi się zaciąć papierem, ale wiem doskonale jak taka rana wygląda i z całą pewnością to nie ostra jak brzytwa krawędź kartki jest powodem tego krwawego śladu. Nie przyniosłem jej też z domu – na to jest zbyt świeża, krew jeszcze perli się w zagłębieniach rozdartej skóry. Nie czuję nawet charakterystycznego dla przysychających zadrapań swędzenia.
Odkładam ostatnią książkę na swoje miejsce. Wiele czasu minęło nim ktokolwiek zajmował się tym księgozbiorem, porządkował półki i wyrównywał grzbiety książek. Teraz jest to moim obowiązkiem i staram się go dawkować powoli, porcjując pracę na kolejne dni. W małej, prowincjonalnej bibliotece nie ma za wiele do roboty, nawet jeśli przy takiej ilości książek nie da się nudzić. Przy okazji tej monotonnej i uspokajającej pracy znajduję kolejny znak. Tym razem na mojej własnej skórze. Wygląda zupełnie niczym…

Wszystko zaczęło się już pierwszego dnia pracy. Wędrując wąskimi korytarzami bibliotecznego labiryntu i wdychając zapach starego papieru w oczy rzuciła mi się pusta półka, na której spoczywał ułożony pionowo wielki, ciężki tom encyklopedii. Nie powinno go tu być, nawet jeśli hasła wewnątrz przywołują widmo „komunizmu” krążące po wschodniej Europie jeszcze do niedawna. Wyciągnięta po gruby tom dłoń zatrzymuje się nagle. Książka jest ciepła. Prawie gorąca…

Kolejny wieczór, sprzątanie biblioteki prawie skończone, kiedy między półkami miotła natrafia na strzępek materiału. Nie powinno go tu być. Nigdzie w bibliotece nie ma kraciastej flaneli ze starego dziecięcego kocyka, a już na pewno nie postrzępionej i poznaczonej zadziorami…

Ślady w kurzu na grzbietach książek nie wyjmowanych z półek od lat…

Regularne, równoległe rysy w zwietrzałej powierzchni półwiekowych regałów z sosnowego drewna, sięgające na dobrych kilka milimetrów w głąb…

Dziwne szmery i tajemnicze odgłosy między półkami. Nie ma najdrobniejszego śladu myszy, ani innych stworzeń zwykle zamieszkujących wśród pełnych szczątków martwych drzew i strachu kałamarnic półek…

Znikające z kubka mleko, którego prawie-na-pewno nie wypiłem…

I zadrapanie na grzbiecie dłoni. Spoglądam między półki, jest tam dość miejsca, bym mógł zmieścić głowę, tomiki z serii BKD nie zajmują zbyt wiele miejsca powyżej kruszejących powoli stert czasopism. Za to kurz na nich wymieciony jest do czysta w mniej więcej elipsoidalnej przestrzeni. Na jej krańcach widać delikatne smugi i unoszące się w powietrzu drobiny, na których żeglują roztocza ze szczepu, z którym zawarłem pokój jeszcze w dzieciństwie. Wszystko to może oznaczać tylko jedno.

W mojej bibliotece mieszka niewidzialny kot. Wyleguje się na książkach i wędruje wśród półek, zostawiając ślady łap i ogonów w kurzu, drapiąc regały i wypijając mleko. Chłonie sprasowaną między kartami wiedzę nie szkodząc niedawno zliczonym tomom dumnie mieszczącym w sobie drobny ułamek ludzkiej mądrości… i głupoty. Jest nieuchwytny i niemożliwy do zaobserwowania – i co pan na to, panie Shroedinger – nawet przez bibliotekarza. Może za kilka lat, kiedy zapach kurzu i papieru stanie się nieodłącznym towarzyszem moich dni będzie mi dane zobaczyć koniuszek ogona znikający między półkami? Może kiedyś, kiedy już wieczory wśród ksiąg będą spokojną rutyną starego człowieka zobaczę między regałami błysk przyjaźnie zmrużonych ślepi w których drzemią spokojnie znaki wszystkich alfabetów jakie kiedykolwiek zapisano na kartach ksiąg? Może nawet w dniu mojej śmierci poczuję na swojej piersi gorący, mruczący ciężar wiedzy…

Coś gorącego spada mi na grzbiet dłoni i nagle jestem znowu sobą, w bibliotece, przykucnięty nad regałem z literą „S” literatury obcej. Ze łzami w oczach, które pojawiły się nie wiadomo skąd. Tak jak zadrapanie na grzbiecie dłoni. Skąd ono się wzięło? Wygląda zupełnie jak…

Bardziej Z Powrotem niż Tam

Dla mnie wyprawa na Hobbita była wyprawą „Tam i z powrotem” do kina w pobliskim Tczewie. W jedną stronę pociągiem z sąsiedniego Szymankowa, z powrotem pieszo, przez stary most na Wiśle i wałem przeciwpowodziowym wzdłuż rzeki. Powrót ten sponsorowały Księżyc w pełni otoczony tęczowym halo i doskonale widoczna konstelacja Oriona, oraz meteor który przeciął przestrzeń między tymi dwoma prawie idealnie równoległą do pasa Oriona linią. I tych dziesięć kilometrów przespacerowanych z głową w chmurach było o wiele przyjemniejszym doznaniem, niż pierwsza część jacksonowskiego filmu na motywach tolkienowskiego „Hobbita”.

Obiecałem Mentowi krótką relację polemiczną z wpisem Cravena i to poniżej właśnie znajdziecie. Nie recenzję filmu, a zbiór moich własnych, prywatnych wrażeń z filmu w odniesieniu do wrażeń opisanych na blogu „Węglowy Szowinista”.

Rzeczy złe, słabe i irytujące:

  • Po pierwsze: Krasnoludy to banda tchórzliwych żuli. Nie grupa zaprawionych w bojach wędrowców, którzy zdołali odłożyć dość grosza (i tłuszczu), żeby sfinansować długą i niebezpieczną wyprawę. Mają przewagę liczebną w stosunku do ścigających ich wargów, nie roznoszą w pył zaatakowanych (i wykrytych) trolli, dostają wciry od praktycznie każdego przeciwnika, a ratuje ich co chwilę Gandalf. Nie grałbym w taką sesję, w której MG co chwile pomiata moją postacią i traktuje ją jak wioskowego przygłupa. O ile już Gimliemu dostało się ostro w poprzedniej trylogii Jacksona – grał tam rolę pociesznego grubasa, z kompleksem niższości i wyraźnie niskim IQ. Krasnoludy z Hobbita to banda nieudaczników, którzy wieją przed każdym wrogiem i nie są w stanie walczyć aż do sceny z Królem Goblinów. Żenada.
  • Po drugie: Rola Thorina jest żałosna. Nie sama gra aktorska, ale interpretacja tej postaci jako buca, gbura i rasisty (gatunkisty?). Za dużo kiepskich erpegowych stereotypów. W książce Thorin jest dostojnym, ale przyjaznym księciem krasnoludów, charyzmatycznym, odważnym i godnym zaufania. W filmie jest złośliwym dupkiem, niegodnym większej uwagi – wbrew pochwałom Balina. W książce jest dyplomatą, potrafi próbować negocjacji i kurtuazji z królem goblinów.
  • Po trzecie: Oberwało się i Gandalfowi, który jest takim tchórzem, że dla kurażu musi sobie zabrać w podróż bogu ducha winnego Hobbita. A i jest tak stetryczały, że zapomniał imiona dwóch z Istarich. Że co? Kiepski żart, panie Jackson. Piękne widoki i dużo CGI nie odwrócą uwagi od rysu postaci w przypadku wszystkich. Przy okazji rolę komiczną (kolejną!) otrzymał Radagast Bury. Zrobiono z niego obłąkanego druidycznego tetryka powożącego zaprzęgiem zajęcy i reanimującego jeże o imieniu Sebastian. WTF? Mam przemożne wrażenie, że jeż Sebastian jest odwołaniem do innego jeża o tym imieniu, a i kreacja postaci Radagasta mi się mocno kojarzy z czymś, co już widziałem – pewnie w dzieciństwie. Ciekawe, czy Beorn pojawi się w towarzystwie Misia Paddingtona?
  • Po czwarte: Sceny dynamiczne nie są dynamiczne, tylko absurdalne. I przez cały film miałem wrażenie, że scenarzyści i specjaliści od efektów upili się przed rozpoczęciem prac oglądając mistrzostwa świata w układaniu domino. Wychodzi to w całym filmie, od wspomnianych przez Menta olbrzymów*, przez koszmarnie nierealistyczną i puszczoną jakby w przyspieszonym tempie scenę z surfowaniem (znowu!) na strzaskanych goblińskich pomostach w odmętach jaskiń goblinów, aż po domino z drzew przy finałowej scenie z wargami.
  • Po piąte: *olbrzymy. W książce są, ale górska burza z prowadzoną w oddali walką olbrzymów ciskających głazy. Co doskonale rozumiem – miałem okazję doświadczyć burzy w górach, nawet jeśli na szlaku i wiem, jak wielkie robi to wrażenie i jak łatwo ta metafora zapadnie w pamięć dziecku. Ale scena z olbrzymami jest totalnie absurdalna, niepotrzebna i poza pożeraniem budżetu na CGI i straszeniem małych dzieci nic nie daje. Siedzący obok mnie na oko dziesięcio-jedenastoletni chłopak teatralnym szeptem zwócił się przy tej scenie do matki „Ale w książce tego nie było!”.
  • Po szóste: Hobbit na poważnie nie jest poważny. Można było go zrobić jako baśń dla dzieci, ale widzowie oczekiwali kolejnego szału efektów specjalnych w stylu Władcy Pierścieni. A otrzymali kilka widowiskowych scen z CGI, garstkę statystów, mniej więcej tyle samo aktorów i dużo scenerii i scenografii. Oraz tanie, jarmarczne żarty. Naprawdę, większość humoru związanego z krasnoludami jest iście niemiecka i rynsztokowa, na poziomie donośnego pierdnięcia. W książce tego nie zauważyłem – tam krasnoludy były rzemieślnikami, wędrowcami i doskonałymi muzykami. Nie bandą ksenofobicznych nieudaczników bez krztyny manier, którzy nawet o własnych zwyczajach i tradycjach muszą słuchać od Gandalfa.
  • Po siódme: Elfy w stylu psotliwych fae, beztroskie i wesołe są o wiele bardziej interesujące niż wyniosłe i zimne ryby Jacksona z Agentem Smithem na czele. Nie powiem, że ta rola jest taka zła, ale brakuje jej uroku postaci książkowej: „Miał rysy twarzy szlachetne i piękne jak władca elfów, był silny jak wojownik, mądry jak czarodziej, dostojny jak król krasnoludów, a łagodny jak pogoda latem.” W filmie samo ciśnie mu się na usta „Welcome to Rivendell, mister Oakenshield.” Rozumiem, że można było wcisnąć w to wszystko Białą Radę, ale nie w tej postaci. Miło było tylko zobaczyć Galadrielę zamiast Xeny… znaczy Arweny Gwiazdki Pretensjonalnej.
  • Po ósme: Postać Bilba jest bardzo dobrze zagrana. Tylko brakuje jej wielu szczegółów – płaszcza i kaptura od Dwalina na przykład, czy „Mnóstwo” i „Ani na lekarstwo” w scenie z Trollami. Przestał też być „włamywaczem” i nie próbuje ukraść trollowi sakiewki. Wybielenie Bilba-awanturnika nie wyszło mu na dobre…
  • Po dziewiąte: Azog. Ja rozumiem, że w każdym filmie z hollywood musi być wyraźny „główny zły”, ale to zupełnie niepotrzebne w przypadku Hobbita. Tam jest to Smaug, nawet jeśli jeszcze się nie pojawił faktycznie (były tylko sylwetka w locie, potem łapy podczas prologu, a na koniec nozdrze i oko). Dla mnie cały czas było to wyraźnie widoczne, że ta postać jest tam wciśnięta na siłę i zupełnie bez sensu. Okay, krasnoludy nienawidzą orków bardziej niż inne rasy. To zrozumiałe. Ale WSZYSCY nienawidzą orków i walczą z nimi. Nie trzeba tego podkreślać – Glamdring i Orkrist robią to wystarczająco dobrze.

Rzeczy dobre, ciekawe i znośne:

  • Po pierwsze: Brody krasnoludów. Bardzo fajnie wyszły, poza beznadziejnym Thorinem. Ciężko też było odróżnić krasnoludów od siebie, poza kilkoma wyjątkami. Kili i Fili też bardzo dobrze wypadli na tym tle – widać po nich młodość i podobieństwo.
  • Po drugie: Piosenki. Muzyka wcale nie jest tak bardzo odmienna od Władcy Pierścieni – ja uważam, że Howard Shore się nie postarał, bo motyw przewodni nie zapadł mi w pamięć. Za to piosenka krasnoludów jak najbardziej. Hobbit powinien być bardziej musicalowy, to by mi się bardzo spodobało.
  • Po trzecie: Wielki Goblin! Genialna kreacja i jedyna naprawdę fajna scena komiczna z jego śmiercią. Gobliny całkiem ładnie wypadły, szkoda tylko że nie pokazano ich zamiłowania do mechanizmów i rzeczy które wybuchają, a całe ich królestwo wygląda jak jedna wielka prowizorka. Jest piosenka przy poganianiu jeńców!
  • Po czwarte: Widoki. Nowa Zelandia jest piękna. Nic dodać, nic ująć.
  • Po piąte: Scenografia. Bag End jest jeszcze fajniejsze, kiedy widzimy spiżarnię i jadalnię. Sala tronowa Wielkiego Goblina jest wystarczająco dostojna jak na goblińskie standardy. A Erebor wygląda bardziej efektownie niż Ironforge (chociaż bardzo je przypomina).
  • Po szóste: Wszyscy to przewidzieliście. Tak, Gollum. Scena z grą w zagadki i mimika Golluma to jedne z najfajniejszych rzeczy w filmie. I znowu mogliśmy usłyszeć kawałek piosenki o rybie. :)
  • Po siódme: Podczas powrotu z seansu był piękny księżyc w pełni i bezchmurne gwiaździste niebo do oglądania. Tak, wspominałem już o tym i wyraźnie gram na zwłokę, licząc na to, że „Świt wstanie, co was w kamień obróci”, drogie** czytające mnie trolle.

** I tak wasza „drogość” jest niczym w porównaniu z zyskami z Hobbita. Za 1/14 część tych zysków też bym się porwał na smoka.

Śniący mózg w butelce #647, czyli Mechanizm z Pasłęka

Wszyscy z Was słyszeli zapewne o Mechanizmie z Antykithiry(tych, którzy nie słyszeli odsyłamy do Wikipedii i Aetherpedii). Ale założę się o litr haustów truskawkowych, że nie słyszeliście o naszej, rodzimej, a do tego przebudzonej wersji tego mechanizmu. Już o to postarał się znany i lubiany zespół w postaci Facetów w Czerni i Cenzury… Na szczęście pośród Przebudzonych są tacy, którzy potrafią się przeciwstawić reżimowi ‚dni zamierzchłych’ i przekazać informację dalej. Dzięki ich relacji i naszemu wsparciu logistycznemu zdołaliśmy dowiedzieć się całkiem sporo o tym niezwykłym obiekcie.

Mechanizm z Pasłęka, bo tak roboczo określony został artefakt, jest mniej więcej wielkości piłki do koszykówki, w całości wykonany z drewna różnych gatunków (potwierdzono do tej pory: Quercus robur, Sorbus aucuparia, Taxus baccata, Salix alba, Diospyros ebenum, Araucarites sanctaecruci (sic!), oraz Salix yoshinoi; pięć innych gatunków nie zostało rozpoznanych mimo czynionych wysiłków). Zewnętrzna powłoka została wzmocniona za pomocą Materii do twardości powyżej skali Mohsa i zabezpieczona przed szkodliwym działaniem szerokiego spektrum czynników, z twardym promieniowaniem włącznie. Uzyskane za pomocą podstawowej manametrii odczyty przekraczają standardowe tło dla nasyconych obiektów o ponad 39 Merlinów, co czyni Mechanizm jednym z najpotężniejszych – według kryteriów nasycenia – obiektów magicznych. Ostrożne badanie za pomocą Materii i Sił nie zdołało przeniknąć zewnętrznej powłoki, dopiero wsparcie Pierwszą wysokiego kalibru pozwoliło na zbadanie wnętrza. Pod powłoką znajduje się układ misternych elementów mechanicznych zawieszonych w pluswymiarowej przestrzeni, co pozwala na osiągnięcie efektu eshersynchronicznego poszczególnych elementów (czytaj: zazębiają się i współdziałają bardziej, niż to możliwe w rzeczywistości). Zakładamy, że tylko taki rodzaj mechanizmu pozwolił na osiągnięcie odpowiedniej mocy obliczeniowej potrzebnej do zaawansowanej dywinacji geomantycznej, pozwalającej na przewidywanie najdrobniejszych przesunięć lini manicznych, oraz implementację działania pozostałych trybów artefaktu.
Testy przeprowadzone przed przejęciem artefaktu pozwoliły na wyciągnięcie czterech poniższych wniosków:
1. Mechanizm pozwala na przewidywanie przesunięć Linii Manicznych z iście naukową precyzją, na skalę zupełnie do tej pory niespotykaną. Nawet decyzja wpłynięcia na rzeczone linie podjęta pod wpływem odczytu jest brana pod uwagę i natychmiast nanoszona na mapę. Zasięg odczytu ogranicza się do obszaru między dwunastoma najbliższymi Węzłami i nakładany jest na przestrzeń w odległości około metra od powierzchni Mechanizmu za pomocą iluzji manicznej, do odczytania jedynie za pomocą magii sensorycznej pierwszego rzędu. Dokładność odczytu jest zatrważająca, a sploty linii projekcji wyraźnie odnoszą się do nieznanego systemu klasyfikacji rezonansu.
2. Drugim efektem uzyskanym przez przypadek jest możliwość ustawienia części ruchomych zewnętrznej powłoki w geometryczny kod. Uzyskana przez jednego ze znalazców kombinacja spowodowała długotrwałe wyłączenie grawitacji w promieniu 144 metrów (efekt wedle pomiaru utrzymywałby się przez dokładnie 79496847203390844133441536 sekund, jednakże przywrócenie obiektu do stanu pierwotnego po jego przejęciu pozwoliło na rozproszenie efektu za pomocą kombinacji podstawowego efektu Rozplatania z Pierwszej i Sił). Podczas aktywacji troje dysponujących zdolnością do manipulacją Pierwszej i aktywnym efektem sensorycznym pierwszego rzędu magów zanotowało wyraźne fluktuacje Many w okolicy. Dalsze badania miejsca incydentu przeprowadzone przez ekspertów ujawniło iż efekt nie był faktycznym działaniem artefaktu, a tylko efektem ubocznym przekonfigurowania linii manicznych w obszarze między dwunastoma najbliższymi punktami Węzłowymi w dodekagonalną siatkę. O mikrometrycznej dokładności. Nienaruszalną za pomocą żadnej znanej magii. Nie wpływającą na sąsiednie linie bez zakrzywiania przestrzeni. A skomplikowanie i moc mechanizmu pozwalają wnioskować, iż jest to tylko jeden z wielu możliwych do osiągnięcia efektów. Zgadnijcie ile jest możliwych kombinacji…
Obecnie teren ten jest objęty kwarantanną, a o kontrolę nad nim toczy się cicha wojna między Garniturami, Maskami i Cenzurą. Mundury postanowiły pozostać neutralne w tej zadymie. Przynajmniej któraś z czterech frakcji miał głowę na karku…
3. Artefakt potrafi pobierać manę z otoczenia, wywołując lokalne, długotrwałe zawieszenie pewnych aspektów rzeczywistości (czy Gobelinu, jeśli wolicie terminologię czwórcy). Nie wiem jak was, ale mnie to przeraża.
4. Żadna z atlantejskich, czy postatlantejskich kultur nie mogła wytworzyć tego obiektu, został on więc roboczo przypisany zamieszkującym na terenie obecnej Polski „dzikim magom”, z którymi ponoć walczyli atlanteanie. Jesteśmy skłonni przychylić się do tej konkluzji, bo to draństwo za Chiny ludowo-demokratyczne nie mieści się w atlantejskich kanonach magii.

Czekamy na wasze pytania, sugestie i propozycje. I na oburzone pyskówki cenzury i zawoalowane groźby bezpieki. Prawda Będzie Wolna!

Mistyczne Trójmiasto – Godwinowska Przygoda Osmusa i Tomka

Był spokojny zimowy poranek na tydzień przed Przesileniem Zimowym (i świętami). Wyjątkowo obfite opady śniegu sparaliżowały Trójmiasto i pokryły je grubą warstwą bieli. Nie zniechęciło to Obrimosa Osmusa (Tymon), który postanowił wywiązać się ze swojej roli w Kabale Świtu i zajął się „znaczeniem terytorium” za pomocą magii Pierwszej i pieczęci kabały. W tym samym czasie Thyrsus Tomek (Owca) w zaciszu znajdującego się pod Sanktum kabały bunkra zajmował się analizowaniem posiadanych pamiętników Semiramidy, licząc na znalezienie w nich jakiejś wskazówki, która pozwoliłaby pochwycić trop Królewskiego Towarzystwa Magicznego i zlokalizować jego siedzibę. Reszta kabały była praktycznie niedostępna: Moros Alchemik (Kacper) zamknął się w swoim laboratorium, Acanthus Ciężki Los (Jot) patrolował dzielnicę w towarzystwie trzech ex-Łowców, których kabała przyjęła pod opiekę, a Obrimos 44 (Wojtek) opiekował się dwojgiem najmłodszych członków kabały – Obrimos Melodią (BN), która w wyniku perypetii związanych z egzaminem uległa poważnemu wyładowaniu paradoksu i popadła w obłęd, oraz ocalonym ze służby Niszczycielowi i Przebudzonym w wyniku wydarzeń podczas egzaminu Mastigosem, który tymczasowo przyjął imię „Y”.

Po kilku godzinach pracy (i całym dzbanku kawy) jego badania przyniosły częściowy rezultat. Udało mu się wywnioskować z zapisków Semiramidy gdzie mogło znajdować się Sanktum jednego z jej towarzyszy. Jak się okazało, była to „leśniczówka o zabawnej, zważywszy na okoliczności, nazwie” – szybka konsultacja ujawniła, iż chodzi o Zaklęty Zamek, Źródło którym opiekuje się kabała Res Magica. Res Magica uzyskała opiekę nad nią w wyniku afery z Ohydą, jako reparacje za odniesione krzywdy z łap potwora uwolnionego ze zbiorów Giełdy Osobliwości. Po uzyskaniu tych informacji Tomek wrócił na górę, zwabiony dawno niesłyszanymi dźwiękami – Melodia wróciła do ćwiczenia gry na skrzypcach w salonie, gdzie zebrała się reszta zasłuchanych domowników.

Telefon do siedziby Res Magica przyniósł natychmiastowe i pozytywne efekty – Lokaj, Serce kabały zaprosił ich do siebie bez żadnych oporów, deklarując gotowość do przedyskutowania sprawy na miejscu. Po upewnieniu się, że reszta kabały jest bezpieczna, Tomek wyruszył w drogę, przy okazji zabierając ze sobą Osmusa. Zanim jednak wybrali się w odwiedziny do kabały Res Magica czekały ich dwa przystanki.

Pierwszy z nich dotyczył kwestii grupy określającej się mianem „Towarzystwa Nauk Ezoterycznych”, której to przedstawicieli Tomek i 44 spotkali jeszcze przed Przebudzeniem. Krótka rozmowa z trójką „ezoterycznych” werbowników przyniosła rozczarowanie. Co prawda każde z trojga miało styczność z nadnaturalnym („naukowiec” nosił ślady nie-przebudzonej magii, skacowany osobnik okazał się być medium, zaś dama o „nieodpartym uroku osobistym” korzystała ze znajomego już Tomkowi rodzaju uroków), ale ostatecznie rozmowa przekonała magów Misterium, że mają do czynienia z Labiryntem Strażników Zasłony. Werbownicy zostali zbyci obietnicami kontaktu, jeśli bohaterowie zdecydują się na współpracę (po raz kolejny).

Jako drugi przystanek Tomek obrał siedzibę kabały Archeomantów, której członkiem i nieformalnym przywódcą był jego zwierzchnik, Pierwszy Cenzor Sumeryjczyk. Jak się okazało, Lunatyk, który otworzył im drzwi zaprosił obu gości od razu do środka, gdzie przyjął ich Sumeryjczyk (a potem także z pozostałych Archeomantów Ikona i Kret). Sumeryjczyk bez zająknienia rozwiązał zagadkę szyfru Semiramidy i rozpoznał obie zaszyfrowane w drugim tomie jej pamiętników Roty (jedna z nich była mało spotykanym wariantem magii Ducha), oraz udzielił kilku drobnych rad i wskazówek w kwestii poszukiwań i negocjacji z Res Magica. Przy okazji gracze doszli do ciekawych wniosków w kwestii ciasta, którym częstowani byli co i rusz w gościnie i nie tylko (mana brownies rozdawane przez Radę Niezależnych).

 Tymon: Magowie lubią ciasto, bo jest PYSZNE!

 Siedziba Res Magiki okazała się być willą na przedmieściach Sopotu. W jej progu przywitał magów Lokaj – przed przebudzeniem prawdziwy Lokaj w służbie maga – rozładowując atmosferę żartem. („Jaśnie Państwo zaraz zejdą.”) Zaproszeni do środka spotkali również Sorbonę, która okazała się być młodą, nastoletnią dziewczyną, chociaż podczas procesu poznali ją jako starszego, dostojnego mężczyznę. Jak się okazało ta transformacja była skutkiem ubocznym działania pierścienia, będącego symbolem i przywilejem urzędu sędziego Consilium (który obejmowała podczas obecnej kadencji), który zapewniał jej ochronę i anonimowość magiczną, ale jednocześnie zmuszał do przyjęcia postaci na obraz i podobieństwo twórcy przedmiotu. Po tym krótkim objaśnieniu goście zostali zaproszeni do salonu, gdzie dołączył do nich po chwili także Seneka, który po staroświecku przywitał ich ukłonem i okazaniem Nimbu maga. Po wyłuszczeniu sprawy ukrytego Sanktum obaj magowie spotkali się z aprobatą i zainteresowaniem ze strony gospodarzy – wyraźnie porozumienie było możliwe bez uciekania się do politycznych zagrywek i nacisków.
Jakiś czas później w trakcie negocjacji pojawiła się także Mirt, która przejęła je energicznie i z wdziękiem, jednocześnie informując klienta przez telefon, iż musi odmówić. Okazało się iż owym klientem był jeden z byłych członków Zgrai, który chciał oskarżyć kabałę Świtu o zamach na jego Prawdziwe Imię. Tomek i Osmus wyjaśnili okoliczności ich uzyskania od Śpiących, którzy nie mogli być świadomi konsekwencji i sprawa została uznana za drobiazg, a obie kabały wróciły do negocjacji.

Ostatecznie stanęło na tym, iż kabała Świtu zgodzi się na „wypożyczenie” na krótki czas (w celu przeprowadzenia pewnych badań magicznych z udziałem magii Sił i muzyki) Melodii o ile ta zgodzi się i okaże w stanie wziąć w nich udział(same badania mają także mieć zbawienny wpływ na jej stan), a jeśli to nie będzie możliwe, formalnie poprzeć i objąć (przez Ciężki Los) przedstawicielstwo i patronat dla formującej się organizacji Apostatów w Consilium (której przeciwnych było dwóch Radców). Przy okazji pozostawiono furtkę dla przyjęcia tej drugiej opcji dodatkowo, w zamian za otwartą kwestię przysług ze strony kabały Res Magica. Dodatkowym ustępstwem ze strony gospodarzy była też zgoda na wstępne oględziny miejsca przewidywanej lokalizacji Sanktum.

Po ostatecznym dopięciu wszystkiego na ostatni guzik i zakończeniu negocjacji i powrocie do siedziby w celu przeprowadzenia szybkich przygotowań obaj magowie wyruszyli w stronę Zaklętego Zamku. Tuż przed dotarciem na miejsce napotkali mercedesa wbitego w zaspę, obok którego czekała Mirt w towarzystwie młodzieńca, który przyjął imię Nikolaosa. Jak się okazało utknęli na dobre podczas próby przebicia się przez śnieg. Dla Tomka i jego wiernego Ram’a nie było to żadne wyzwanie. Ciężki terenowy wóz z domontowanym dodatkowo pługiem (był w zestawie „podróżnym”) bez trudu przebił się przez zaspę, a nawet oczyścił niewielkie miejsca parkingowe przy leśniczówce.

Zanim jednak magowie dotarli do niej, nadludzkie zmysły Tomka pozwoliły mu bez trudu zauważyć coś bardzo, bardzo niemiłego.

KotMG: Owca, rzuć sobie na Percepcję.
Tymon: A ja nie mogę? Mam trzy kropki…
KotMG[przerywając]: Masz tylko jedną… [Owca zdaje test] ale o tym zaraz.

Na szczęście kropka celownika laserowego zdradziła snajpera i Thyrsus zdołał odepchnąć towarzysza z linii strzału, prosto pod osłonę zaspy śnieżnej pod ścianą leśniczówki. Napastnicy otworzyli do niego ogień z broni palnej, ale żaden z pocisków nawet nie trafił chronionego podwójną Tarczą maga, a pociski rykoszetujące od samochodu (i rysujące lakier i szyby Dodge’a) tylko go rozwścieczyły. W międzyczasie Osmus zdołał spleść zaklęcie, które rozszerzyło spektrum jego zmysłów o podczerwień, co z kolei dało mu możliwość namierzenia i wskazania pozycji napastników. Mirt dołączyła do niego pod osłoną leśniczówki, a Nicolaos zniknął w bardzo dosłowny sposób.

Dzięki asyście Obrimosa Tomek zdołał namierzyć i celnym – i przeładowanym z niewiadomych powodów w obecności Źródła – zaklęciem Ducha zdezintegrować snajpera (co Osmus zaobserwował jako przejście ze stanu żywego celu, w stan półpłynnego, szybko stygnącego obłoku krwi i strzępów ciała).
W odpowiedzi nieujawniony do tej pory wrogi mag cisnął w nich bardzo nietypową kulą ognia, której efekt zasilany był energią wysysaną z otoczenia. Kula ognia chybiła przyglądającego się efektowi jej działania w podczerwieni Osmusa, sublimując znaczącą część zaspy w chmurę przegrzanej pary, która całkowicie zasłoniła pole widzenia (przed samą parą osłoniły Osmusa zaklęcia Tarczy). Nim stygnąca i zamarzająca z wolna chmura zrzedła, wrogi mag zniknął z pola widzenia, za to swoje krwawe żniwo rozpoczął Żelazny, chowaniec Tomka. Nawet doskonale wyposażeni i wyszkoleni żołnierze nie byli w stanie stawić czoła stalowym szczękom szczenięcia Żelaznego Wilka. Ostatecznie po zakończeniu potyczki przetrwał tylko jeden z nich (jednak Żelazny jednym kłapnięciem pozbawił go obu rąk)… Ten sam, który strzałem z granatnika zniósł krawędź dachu i zasypał oba samochody, oraz częściowo magów deszczem rozżarzonych kropel białego fosforu. Osmusa i Tomka osłoniła przed nim magia Tarcz, jednakże oba samochody odniosły pewne szkody – w przypadku Dodge’a tylko w lakierze i śladach na szybach, ale mercedes powoli zaczął groźnie dymić. Nim jednak żar zdziałał cokolwiek strzelec z granatnikiem zwrócił się przeciwko Tomkowi, by posłać mu pod nogi granat. Thyrsus rzucił mu pełne gniewu spojrzenie, które wystarczyło by nawet zaprawiony w bojach weteran stracił rezon… i posłał pocisk w najbliższy inny cel. Którym oczywiście był Mercedes należący do kabały Res Magica. Pocisk przebił się przez karoserię i detonował wewnątrz, wywołując potężną eksplozję. Tomka ochronił przed nią jego wierny wóz, jednakże Osmus i Mirt byli o kilka kroków od wybuchającego samochodu, bez żadnej osłony.

W ostatniej chwili Obrimos zdołał zaimprowizować – dzięki doskonałemu zgraniu zgrabnego, naukowego Imago i aktywnej termowizji – zaklęcie, które skierowało falę energii cieplnej z eksplozji na boki, oraz zasłonić Mirt własnym ciałem. W ten sposób ocalił jej życie(chroniąca ją Tarcza Umysłu nie zadziałała by na eksplozję samochodu), samemu odnosząc poważne rany i przeżywając jedynie dzięki magicznym Tarczom i eksperymentalnemu pancerzowi, który opracował wspólnie z Alchemikiem.

W tym wyjątkowo mało dogodnym momencie zza rogu leśniczówki wyłonił się wrogi mag. Okazał się on być czystym aryjczykiem typu nordyckiego – niebieskookim, kwadratowoszczękim i blondwłosym – w białym mundurze SS. Chroniony trzema Tarczami napastnik przygotował się do dokończenia dzieła zniszczenia, jednakże Osmus zdołał zdjąć jedną z jego tarcz, a Tomek posłać w niego zaklęcie, które jednakże nie przyniosło zbyt wielkiego efektu. Rozproszona tarcza Pierwszej implodowała, zalewając okolicę falą uwolnionej many, którą nazista wplótł w zaklęcie (a której część pochłonął w jakiś sposób Osmus, przez co zwrócił się mu koszt rozproszenia Tarczy wroga), a oczy wroga zapłonęły Znakiem Paradoksu – żywym ogniem, który opalił mu brwi i włosy i podpalił daszek czapki. Rozwścieczony nazistowski mag podniósł ręce (tak, a’la Goku), aby zebrać z otoczenia energię na zaklęcie mające spopielić wrogów. Temperatura w okolicy spadła gwałtownie, kilka okolicznych drzew pękło od mrozu, a powietrze wokół dłoni wrogiego Obrimosa zaczęło zamarzać, zaś aura nazisty zapulsowała od znamion Otchłani wskazujących, iż sięgnął on po moce, o których zdrowym na umyśle Przebudzonym nawet się nie śniło… Obaj magowie Świtu nie mieli dość czasu by zareagować na ogromną kulę plazmy, która miała dokończyć ich żywota (i zdewastować okolicę). Wydawało się, że sytuacja jest tragiczna…

… kiedy do akcji weszli Mirt i Nikolaos, do tej pory planujący dzięki mentalnemu połączeniu i czekający na odpowiednią chwilę, by wejść do akcji. I zrobili to – Mirt mentalnym uderzeniem zerwała koncentrację przeciwnika, a Nikolaos osłonił całą trójkę splataną od dłuższej chwili tarczą Sił. I w samą porę, bo kula plazmy spaliła nazistę i wytopiła sporą dziurę w podłożu, jednocześnie zapalając wszystko w najbliższej okolicy, ale tylko po drugiej stronie tarczy. Po napastniku nie został nawet ślad (tu wstaw żart o butach), a wyładowanie Paradoksu porwało na strzępy nici Gobelinu odpowiadające za Siły.

Kiedy opadł bitewny pył, a rany Osmusa zostały prowizorycznie opatrzone, Tomek postanowił sprawdzić, czy któryś z napastników nie przeżył. Udało mu się ocalić jedynie pozbawionego rąk grenadiera, nim jego uwagę przykuło co innego. Osmus, który „paradował” z wielkim odłamkiem wspornika dachu przebijającym mu bark i odłamkiem karoserii w łydce (w tych warunkach Thyrsus nie odważył się ich usuwać) usiadł na pace Dodge’a… który nagle zapadł się częściowo pod ziemię. Mirt i Nikolaos zdążyli złapać Obrimosa w ostatniej chwili, ten zaś zdołał nie zemdleć z bólu. Tomek pospieszył na pomoc i wspólnymi siłami wydobyli z jamy poszkodowanego. Jak się okazało, zniszczenia i potężne wahania temperatury osłabiły prowizoryczną osłonę wejścia do prywatnego Sanktum jednego z członków Królewskiego Towarzystwa Magicznego (co wyjaśniło, dlaczego prowadzone przez Res Magica badania magią Przestrzeni w leśniczówce nic nie ujawniły). Nim jednak Tomek zabrał się za eksplorację nowego znaleziska na pobojowisku pojawili się członkowie Straży Consilium…

Poza wyraźnie niepotrzebnym (poza transportem) Mastigosem Janem Kowalskim i wyraźnie zadowolonym z możliwości dokonania badań i pomiarów Morosem Pustym (Rada Niezależnym) nikt ze Strażników nie był zadowolony z konieczności ingerencji. Po raz kolejny w sercu katastrofy (chmura przegrzanej pary w kształcie grzyba i płonący las nie pozostały niezauważone) byli członkowie Świtu i nawet napaść „magów hitlera” ich nie usprawiedliwiała. Po udzieleniu pomocy medycznej (i usunięciu odłamków blachy) Osmusowi cała czwórka została odesłana „do domów”. Gdyby to miało zależeć od wyjątkowo wściekłej Justycji, byłoby to także bez kolacji i ze szlabanem na spacery.

Tomek i Osmus zapakowali się do poznaczonego ogniem i kulami wozu (nie pomyśleli o tym drobnym szczególe zupełnie) i wyruszyli do swojego Sanktum, odstawiając przy okazji wstrząśniętą Mirt i wyczerpanego Nicoalosa do ich siedziby. Pozostali członkowie Res Magica okazali zaskakująco dużo zrozumienia i pewną dozę wdzięczności, a sama Mirt wręczyła Osmusowi nabazgraną wizytówkę w zalakowanej kopercie, którą przygotowała na poczekaniu. Kiedy obaj magowie wrócili do swojej siedziby przywitała ich kolejna napaść – tym razem w postaci spanikowanej i rozwścieczonej Melodii. Na szczęście Tomek udowodnił, iż nie bez powodu obrano go Sercem kabały i zdołał ją uspokoić. Zapadł zmrok, a zmęczeni magowie udali się na spoczynek, myśląc o wszystkim co się wydarzyło i zastanawiając skąd tym razem wzięli się „naziści” (których mundury nosiły naszywki z zaokrągloną swastyką i odznaki „Leibstandarte Heinrich Himmler”), kiedy będą mogli zapoznać się z odkrytym Sanktum i czy jego zawartość naprowadzi ich na trop siedziby Królewskiego Towarzystwa Magicznego i tajemnicy losów Semiramidy i jej towarzyszy…

Pajęczyna utkana z Komiksów I (RPG!)

Jednym z codziennych rytuałów internetowych jakie odprawiam praktycznie co dzień jest przeglądanie komiksów internetowych. O tym, ze w internecie można czytać komiksy wie już każde dziecko, a tym bardziej erpegowiec i/lub fantasta, jednakże nie wszystkie z nich są powszechnie znane szerszemu gronu czytelników. W tym cyklu tekstów postaram się je wam przybliżyć w jak najbardziej przystępny sposób. Przy okazji postaram się opisać każdy z przedstawianych komiksów w taki sposób, aby naszkicować wam mapę inspiracji erpegowych, które można z niego zaczerpnąć.
Uwaga: Linki w obrazkach prowadzą do pierwszej strony danego komiksu. W niektórych przypadkach obrazek jest mylący. :)

Wszyscy z was zapewne znają Order of the Stick, pełen gagów i żartów z mechaniki i realiów DnD komiks internetowy Richarda Burlewa. Jednakże niewielu zapewne miało okazję natrafić na inne warte uwagi komiksy traktujące o RPG, lub ujmujące opowiadaną historię w ramy znane nam doskonale z sesji. Jest ich znacznie, znacznie więcej i niektóre z nich okazują się być ciekawsze i bardziej ambitne niż OotS. A biorąc pod uwagę specyfikę tego ostatniego, to naprawdę duże osiągnięcie. Niestety, podczas przeglądania starszych linków z mojej kolekcji zakładek okazało się, że kilka z nich znikło zupełnie z sieci (jak shadowrunowy komiks autorki FeyWinds), a inne nie bardzo zasługują na obecność w pierwszej dziesiątce (czy też piątce jak w tym przypadku, chociaż z małym bonusem). Postaram się poświęcić im jakiś wpis, ale będą musiały poczekać aż uporam się z tymi, które zasługują na promowanie o wiele bardziej…

 Erfworld: Jak wygląda świat gry bitewnej od wewnątrz? Co by było, gdyby wszystkie zasady – ruch, punkty życia, bonusy, oddziały, typy, itp. były obecne w rzeczywistym (dla żyjących w nim Jednostek) świecie? Co by było, gdyby geniusz gier bitewnych trafił do tego świata z naszej rzeczywistości jako Idealny Dowódca? Erfworld próbuje odpowiedzieć na to pytanie i robi to w niesamowicie spójnym i wiarygodnym stylu, który dodatkowo ocieka humorem i odwołaniami do naszego świata, które nie zawsze są tak proste, jak nam się to wydaje. Wbrew pozorom komiks ma rozbudowaną i niezwykle interesującą fabułę, która rozwija się wraz z nim, ale nie cierpi na przerost formy nad treścią, ani inne klątwy które często dosięgają długo rozwijane komisky. Kreska ewoluuje ku coraz lepszej wraz z rozwojem świata, a wprowadzone w jednym z rozdziałów aktualizacje tekstowe bywają po stukroć bardziej interesujące niż najlepsze nawet odcinki rysowane.
Erfworld mogę polecić stanowczo nie tylko miłośnikom gier bitewnych, ale też mistrzom gry lubiącym eksperymentować z niezwykłymi światami i zasadami nimi rządzącymi

Darths and Droids: Jak wyglądałyby obie trylogie gwiezdnych wojen, gdyby rozgrywała je stereotypowa drużyna erpegowców? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie właśnie w Darths and Droids, rewelacyjnym komiksie podążającym ścieżkami DM of the Rings i przewyższającym pierwowzór na każdym kroku. Wszyscy znają uniwersum gwiezdnych wojen, jednakże ten komiks potrafi za pomocą kadrów filmowych tchnąć weń nowe życie i tony humoru. Przeszkadzały wam niespójności w nowej trylogii? Nie lubicie Jar Jar Binksa? Yoda wydawał wam się nudny? Greedo strzelił pierwszy? DaD rozwiązuje te problemy w bardzo sprytny i zabawny sposób, jednocześnie przedstawiając nam mechaniczne tło rozgrywanych sesji i losy graczy wcielających się w bohaterów z Gwiezdnych Wojen. Całość została potraktowana jako zupełnie oryginalny setting stworzony przez mistrza gry na potrzeby kampanii i w tej roli sprawdza się naprawdę doskonale. Bohaterowie po obu stronach Czwartej Ściany (piąta* też bywa lekko naruszana, ale z rzadka i subtelnie) są wiarygodni i nabierają głębi, ale także cierpią na problemy i dolegliwości typowe zarówno dla samych graczy, jak i postaci które odgrywają. DaD mogę spokojnie polecić każdemu początkującemu (lub potencjalnemu) MG, ponieważ znajdziecie tam mnóstwo lekcji, sztuczek, przestróg i odwołań które zebrali i wpletli w fabułę twórcy komiksu, okraszone komentarzami dodatkowo wyjaśniającymi pewne niuanse, mechanizmy i problemy w odpowiednio zabawny sposób.

Goblins: Zaczęło się od humoru i kulejącej niekiedy kreski opowiastki o goblinach walczących z drużyną bohaterów. Na szczęście bardzo szybko fabuła ustabilizowała się i od przewidywalnych gagów przeszła do poważniejszych zagadnień. Kto tak naprawdę jest potworem, gobliny czy bohaterowie którzy je mordują? Jak na posiadanie poziomów klasowych zapatrują się inne potworne rasy? Otoczka magii, poziomów, atutów i całej reszty powoli odchodzi do kąta, stając się tylko tłem, a fabuła powoli wyłania się ze sztampowej historyjki o potworach i bohaterach zmuszając do myślenia i odwracając role na każdym kroku. Oczywiście żarty co i rusz wracają, a tłem jest świat wymyślony przez autora spełniający wszelkie wymogi fantasy. Inspiracji do grania i prowadzenia nie zabraknie, spodziewam się że wielu czytelnikom przyjdzie ochota zagrać w takich odwróconych klimatach, walcząc z bohaterami i broniąc skarbów.

Keychain of Creation: Wygląda na to, że Order of the Stick inspirował większość z opisanych tu komiksów. Jednak w przypadku Keychain of Creation obejmuje to tylko formę graficzną i jej ograniczenia. Sama treść to czyste Exalted w jego najlepszej odmianie. Dla tych których ten system odrobinę przeraża swoim ogromem i specyfiką mam dobrą wiadomość – Keychain of Creation nie rzuca was na głęboką wodę, objaśniając elementy systemu na każdym kroku. Wśród bohaterów znajdziemy przedstawicieli wszystkich czterech głównych kast, a z czasem pojawią się również i pozostałe, mniej popularne (przynajmniej w świecie gry), a same postaci okazują się zaskakująco głębokie i wierne ich fabularnym pierwowzorom (wspomniane kasty, limit break‚i, itp.) i to z naprawdę przyjemnym dla oka efektem. Dla tych którzy nie znają Exalted jest to doskonałe wprowadzenie do systemu i świata gry, zaś dla tych którzy mieli okazję się z tym systemem zapoznać duża doza rozrywki i wielowarstwowych żartów. Szkoda tylko że autor z przyczyn zdrowotnych musiał zarzucić rysowanie komiksu i od dłuższego czasu nie zapowiada się, aby miał do niego wrócić…

5. I na koniec: Klony słynnych patyczaków, czyli trzy komiksy naśladujące Order of the Stick.

Anti-Heroes: Ten komiks można określić jako mieszankę OotS i Goblins, jednakże pod otoczką fabularną i kreską naśladującą ‚patyczaki’ jest to coś, co sprawia że całość czyta się z przyjemnością. Podobnie jak oba komiksy na których był wzorowany Anti-Heroes zaczął się jako luźny fabularnie zbiór żartów z mechaniki gry i kanonów fantasy. Podobnie jak OotS i Goblins mamy do czynienia z naprzemiennym podążaniem za bohaterami z dwóch drużyn i tymi złymi na dodatek. Jest komiczny licz-iluzjonista i jego minion, oraz wiele innych zapożyczeń, ale wszystko układa się z czasem i przestaje razić. Autor od początku przyznaje się do czerpania pełnymi garściami z OotS i idzie mu to całkiem nieźle. Inspiracji do grania nie brakuje, szczególnie w kwestii postaci (goblińska pokojówka-ninja!).

Our Little Adventure: To komiks, który z kalki OotS wyewoluował w samodzielny zbiór gagów erpegowych odzianych w dość typową dla kampanii fantasy fabułę. Tym co przyciąga oko jest jednak nie naśladownictwo, ale to co w OLA oryginalne – świat Manjulias w którym dzieje się akcja komisku. Z pozoru wydaje się on być kolejną kalką zacofanych krain (przepraszam fanów, ale naprawdę nie lubię tego świata), jednakże z czasem pojawia się coraz więcej interesujących szczegółów, które zmieniają wrażenie z „zabawnie naiwny” na „zaskakująco przemyślany” przy okazji wyjaśniając sporą ilość elementów często występujących na sesjach. Szczególnie spodobał mi się motyw skrzyń ze skarbami wyjęty żywcem z Betrayal at Krondor, który jednakże został wiarygodnie wyjaśniony w świecie gry – „bóg to zrobił” jest wiarygodnym wyjaśnieniem jeśli mówimy o świecie, który ma bóstwo określane jako Pani Szczęścia i Fortuny.

Servants of the Imperium: Jako ostatni na liście znajdzie się kolejny naśladowca Order of the Stick na którego warto zwrócić uwagę. Pomijając kreskę (w przypadku tych komiksów grafika jest mało istotna, chyba że dotyczą jej żarty) można określić go tylko jako komiksową ekranizację sesji Dark Heresy w wersji żartobliwej. Zamiast epatować mrokiem i opresyjnymi motywami uniwersum w którym się rozgrywa Servants of the Imperium pozwala nam śledzić losy inkwizytora Severusa Hunta i jego wesołej gromadki akolitów w służbie Boga Imperatora (wśród nich znajdziemy np. uzbrojonego po zęby łowcę nagród, agentkę Officio Assassinorum, jajogłowego psykera, czy ex-pirata w formie serwoczaszki). Żałować można tylko, iż samo uniwersum nie pozwala sobie na takie ilości humoru (poza kwestiami dotyczącymi orków oczywiście), jakie serwuje ten komiks. Fanom uniwersum Warhammera 40k zapewne nie trzeba go polecać, ale pozostałym z czystym sercem mogę.

To tyle jeśli chodzi o pierwszą część – w następnej postaram się przedstawić wam kila z komiksów w klimatach S-F, które czytuję. Spodziewajcie się sporej dawki dobrych grafik i interesującej fabuły.

* Wypadałoby przesunąć zwyczajową Czwartą Ścianę w przypadku komiksu dziejącego się w dwóch warstwach rzeczywistości jednocześnie.

Kocia Muzyka – Głos Drugi na Zburzonym Kominie

I – Disclaimer: W tym odcinku Kociej Muzyki znajdziecie pięć zespołów/projektów w kategorii, którą określiłem jako ‚klimaty wojenne’ z prozaicznej przyczyny – taką nazwą są oznaczone w moich zbiorach. Jako że ‚erpegowa’ przydatność tego zbioru będzie dużo większa, jako próbkę wrzucam po jednym wybranym utworze z każdej z płyt, jakimi dysponuję, co może nieco mocno ograniczyć czytelność notki, stąd proszę was o cierpliwość i wyrozumienie.

II – Klimat: Wojenne

A Challenge of Honour:
Holenderski projekt, grający muzykę w gatunkach „Martial Industrial” i „Neofolk” (chociaż ja osobiście nie pokusiłbym się o jej szufladkowanie, jest bardzo specyficzna). Przy jej tworzeniu mocno opierają się na samplach m. in. z filmów (np. w jednym z utworów z płyty The Right Place znajdziemy też Litanię Przeciw Strachowi z Diuny Lyncha), recytacjach poezji (np. Poe w utworze Raven z płyty Only Stones Remain), ale także z innych, bardziej nietypowych źródeł – np. przemówień, fragmentów kronik wojennych i audycji radiowych z czasów wojen światowych. Większość utworów z posiadanych przeze mnie trzech płyt – The Right Place (Martial Industrial), Monuments (Neofolk) i Only Stones Remain (mieszana) – mogę określić jako niepokojąco spokojną, lub niepokojąco agresywną, co czyni ją doskonałym tłem sesyjnym, jeśli tylko odpowiednio ją posortować. Kilka z nich doskonale nadaje się na tło muzyczne do walki, nie tylko w klimatach wojennych.


Ghosts of Breslau
:
Zapowiadałem w poprzednim odcinku muzykę wywołującą z lasu Godwina. Oto i ona – Ghosts of Breslau. Polski projekt, którego gatunku muzyki nie potrafię nazwać (chociaż z pewnością oscyluje w okolicach Dark Ambientu). Z całą pewnością zasługuje na swoją nazwę, wywołując przy pomocy ambientu, dysharmonii i sampli rodem z goebbelsowskiej propagandy upiory drugiej wojny światowej. O ile Challenge of Honour robiło to dość subtelnie i w niepokojący sposób, o tyle Ghosts of Breslau wciska nam się w uszy z nazistowskimi pozdrowieniami skandowanymi przez tłumy, pieśniami propagandowymi i marszami, przemieszanymi z drażniącymi uszy dźwiękami na potęgującym napięcie tle. Oczywiście nadaje się do sesji drugowojennych, ale raczej tych, które mają przywoływać uczucia grozy, niepokoju, czy nawet niesmaku. Dużo bardziej szarpie nerwy wyłaniająca się z ambientowych odmętów „Horst Wessel Lied”, niż najgroźniejsze porykiwanie mrocznych bestii. Doradzam ostrożność w korzystaniu z tego tła, bo co bardziej wrażliwi gracze mogą mieć potem niezbyt miłe wrażenia z sesji.
Prawo Godwina Ghosts of Breslau przywołuje bardzo bezpośrednio, posłuchajcie sobie utworu Monsters załączonego poniżej – występuje tam sam „malarz pokojowy”.

Turbund Sturmwerk:
Kolejny przykład muzyki ciężkiej do zakwalifikowania, ponieważ mimo dość długiego przekopywania sieci w poszukiwaniu informacji o tym zespole z Norynbergi spotkałem się z kilkoma różnymi klasyfikacjami. „Experimental/industrial” to bardzo niewiele mówiąca ale bardzo dobra łatka dla Turbund Sturmwerk. W niektórych aspektach jest podobna do Ghosts of Breslau, bo w tle niektórych utworów (przynajmniej na płycie „Turbund Sturmwerk”) możemy usłyszeć echa nagrań z czasów II Wojny Światowej – zarówno propagandy mówionej, jak i śpiewanej. Ale nie tylko – są tam też akcenty bardziej egzotyczne, jak utwór zatytułowany „Hagakure„, zadedykowany Yukio Mishimie. Druga posiadana przeze mnie płyta tego zespołu zatytułowana „Weltbrand” jest równie różnodrodna, chociaż w jej przypadku możemy spokojnie mówić o powtarzających się monotonnie motywach przewodnich w utworach i dominujących instrumentach. Nadal jednak wykorzystywane są stare nagrania, nie tylko w języku Goethego, czy recytacje które zapewne są dziełem zespołu, a utwory są na przemian spokojne i agresywne. Dość łatwo dobrać z nich coś dla każdego, pod warunkiem że sesja odwołuje się do pewnych motywów. Tym razem bardziej subtelnych, obejdzie się więc bez Godwina.
Poniżej znajdziecie dwa kolejne utwory tego zespołu, tym razem są zalinkowane na LastFM (przepraszam za to, ale wrzuta mocno irytuje mnie spamem i korzystanie z niej męczy moje biedne oczy).

Krępulec:
Możemy dla uproszczenia nazwać go ‚polską wersją Ghosts of Breslau’ (w sensie przynależności elementów wojennych wykorzystanych w utworach, nie narodowości samych autorów, bo i GoB jest polskim zespołem). Będzie to mocne uproszczenie, ale niekoniecznie względem treści – już w pierwszym utworze (załączonym poniżej) wita nas znana piosenka zaczynająca się od słów „My ze spalonych wsi (…)”. Nie będę się rozwodził na temat zespołu, bo ich image coś mi zalatuje skrajnym nacjonalizmem (mam nadzieję, że się mylę). Ale do sesji z rodzimymi motywami wojennymi nadaje się doskonale.

The People’s Republic of Europe:
Duński zespół, który sam siebie określa jako *głeboki wdech* „powernoise/rhytmic industrial/darkambient” *wydech*. Po pierwszym ponownym przesłuchaniu ich płyty „Among the ruins” (niestety jedynej jaką dysponuję; od „Wujka Google” i ze strony zespołu wiem, że stworzyli całkiem sporo muzyki, jednakże z braku czasu ostatecznie zrezygnowałem z przekopywania się przez nią; zdradzę za to, że mają czarnoskórego wokalistę i kobietę na klawiszach) muszę przyznać, iż to bardzo trafiona kombinacja, jeśli chodzi o przynależność „międzygatunkową” ich muzyki. Jeśli chodzi o jej odwołania historyczno-wojenne, to są one wręcz przeciwne do Ghosts of Breslau i Turbund Sturmwerk. Większość z was już wywnioskowała to zapewne z nazwy zespołu, jego muzyka odwołuje się do czerwonego totalitaryzmu i wykorzystuje wyprodukowane przezeń nagrania. Mnie ciarki przeszły, kiedy w jednym z utworów usłyszałem głos oficjela odczytującego jakieś zarządzenie komitetu centralnego KPZR. Brrrrr… Sugestywne i niepokojące, szczególnie w zestawieniu z muzyką agresywnie industrialową i niekiedy rażącą w uszy (ale nigdy dysharmonijną, o dziwo). Jednakże czytanie z zarządzeń komitetu okazało się być niczym w porównaniu z szokiem jaki odczułem, kiedy po otępiającym i monotonnym wstępie industrialowym usłyszałem coś jeszcze gorszego dla każdego Polaka z jakąkolwiek świadomością historyczną – nie będę robił wam niemiłych niespodzianej i zdradzę, że nagranie osadzone jako oś tego utworu zaczyna się od słó „Nadeszła godzina ciężkiej próby (…)”
Wykorzystanie muzyki TPRoE jest równie problematyczne, jak w przypadku pozostałych utworów. Tematyka i symbolika nie pasuje zupełnie do nie związanych z nią sesji i będzie w takiej sytuacji razić. O wiele lepiej sięgnąć po bardziej typową muzykę. Ale jeśli gdzieś w tle powiewają czerwone sztandary, a wy chcecie swoich graczy zaniepokoić i zdeprymować, to jest to dobry wybór.

To tyle jeśli chodzi o muzykę „militarną”. Mam nadzieję, że nie wystraszyłem was na dobre. Mogę tylko obiecać, że teraz będzie z górki jeśli chodzi o przystępność materiału muzycznego. W następnym odcinku Kociej Muzyki poopowiadam co nieco o zgromadzonych przeze mnie zbiorach muzyki dopasowanej do sesji Fantasy. Spodziewajcie się dużej ilości muzyki i mniejszej tekstu – większość z zespołów z listy „Fantasy” reprezentuje i broni się sama, mieczem, toporem i śpiewem. :)

Previous Older Entries